📺 Powrót do przeszłości: Dlaczego seriale lat 90. to szczytowe osiągnięcie kultury (i naszej młodości!)

Kiedy słyszę dźwięk włączanego magnetowidu, czuję zapach popcornu i ten specyficzny dreszcz emocji, kiedy zaczyna się czołówka... wiem, że to lata 90. Pamiętacie te czasy? Kiedy czekało się tydzień na kolejny odcinek, a jak się przegapiło, to płacz i zgrzytanie zębów, bo przecież nie było opcji „następny odcinek” na Netflixie, ani funkcji nagraj w tv...

Dowiedz się więcej »

Kiedy sobota pachnie latami 90, czyli Dj Bobo, BMX i brak zmarszczek...

Jest sobota ("...wieczór się zaczyna, myśli krążą w głowie, zaj....ta dziewczyna..." - nie no dobra, dziś nie o tym). Domownicy na wyjeździe, mieszkanie jest ciche, co dla kobiety z rocznika '84 oznacza jedno: totalna swoboda, a co za tym idzie - oficjalne rozpoczęcie dnia „ja, garnek i ścierka”. Odpalam Spotify, listę z lat 90... Lecą piosenki, które pamiętam lepiej niż to, co jadłam wczoraj na obiad: Ace of Base, Scooter, Culture Beat... Wymachuję ścierką, planuję, co ugotuję, dorosłość w pełnym wymiarze. Nagle… wjeżdża on. DJ Bobo i jego „Welcome at the beach, this is for you, just for you… There’s a party!”. I nagle nie stoję w kuchni nad obiadem. Przysięgam, poczułam zapach tamtego lata. Nie wiem dokładnie, który to rok, pewnie 1995 albo 1996, ale lato było wtedy gorące, a dnie nie miały końca. Nagle nie jestem w swoim mieszkaniu. Jestem tam. Widzę to jak na filmie: środek lata, rok dziewięćdziesiąty-któryś. Wracamy z koleżanką ze spaceru, słońce powoli zachodzi, malując bloki na pomarańczowo, a w powietrzu czuć ten specyficzny zapach wolności, ogniska, skoszonej trawy, rozgrzanego asfaltu, gazet z kiosku i tanich perfum. To był czas, kiedy ta muzyka nie była „retro” - to był hymn naszych pierwszych dyskotek, dusznych sal gimnastycznych i romantycznych wieczorów, gdy każdy „wolny” był sprawą życia i śmierci. Największym problemem nie był kredyt, praca czy to, że znowu nie mam czasu dla siebie, tylko to, czy mama pozwoli mi zostać na podwórku chociaż do 22:00. Siedzimy na murku, pijemy oranżadę, wszyscy się śmieją, rozmawiamy o tym, kto był na koloniach, a kto jedzie do babci na wieś. I nagle słychać charakterystyczny turkot opon. Podjeżdża ON na swoim BMX-ie. Ta pierwsza miłość z bloku obok… Jeden jego uśmiech i ciepły wieczór staje się nagle gorący jak tropiki. Wiecie, co w tym wspomnieniu jest najlepsze? (Oprócz tego chłopaka na rowerze, oczywiście). Moja twarz bez ani jednej zmarszczki, "czysta" głowa i figura, o którą nie musiałam walczyć z każdym pączkiem. Wtedy szczytem fitnessu było skakanie w gumę i uciekanie przed dozorcą, a dziś? Dziś patrzę w lustro i zastanawiam się, czy to DJ Bobo tak przyspieszył tempo, czy to po prostu życie mi tak „zgifowało".

Dowiedz się więcej »

Rocznik ’84. Między praniem a marzeniem – czyli jak nie zgubić siebie, gdy wszyscy wokół rosną

Cześć! Tu dziewczyna z roku 1984.

Pamiętasz zapach oranżady w proszku, kasety przewijane ołówkiem i świat, w którym największym problemem był brak nowej naklejki  w gumie Turbo? Ja pamiętam. I choć w lustrze wciąż szukam tej dziewczyny w jeansowej kurtce, rzeczywistość częściej podsuwa mi pod nos arkusze w Excelu, sterty prania i wszechobecny syf w domu (nastolenie dziecko kontra pierwszoklasista).

Dlaczego tu jestem?
Na co dzień, jak wiele z Was, dzielę życie między domowy etat a ten biurowy. Od 7:00 do 15:00 jestem trybikiem w maszynie, a po powrocie – głównym logistykiem rodzinnego chaosu. Każdego poranka mam tzw. dzień świstaka, ale jakiś czas temu (nie wiem, czy to dlatego, że wszyscy wokół trąbią o roku konia, który ma obfitować w szybkie zmiany, ma być czasem pasji, energii i blablablabla), obudziłam się z poczuciem, że moje dzieci rosną w tempie ekspresowym, czas ucieka przez palce, a ja utknęłam w „trybie serwisowym”.

Poczułam, że muszę coś zmienić. Zrobić w końcu coś tylko dla siebie, zanim zapomnę, kim jest ta kobieta pod stertą obowiązków. A ponieważ od zawsze bardzo lubiłam pisać – bo słowa to jedyne, co potrafię poskromić lepiej niż domowy budżet – wpadłam na pomysł tego bloga.

Ten blog to mój powrót do domu. Do samej siebie.
Chcę udowodnić (sobie i Tobie), że:

  • Etat to nie wyrok. Nawet po ośmiu godzinach za biurkiem można znaleźć siłę, by zawalczyć o dawną sylwetkę i tę iskrę w oku, którą miałyśmy w liceum.
  • Pisanie to moja terapia. Chcę przelać tu wszystko to, o czym myślimy, parząc (chciałabym napisać) trzecią kawę w biurowej kuchni (piję tylko z rana na czczo - ojoj niezdrowo) – o tęsknocie za byciem „młodą i zgrabną” i o buncie przeciwko uciekającemu czasowi.
  • Między jednym praniem a drugim jest miejsce na pasję. Może to właśnie te 15 minut przy klawiaturze pozwoli mi odzyskać kontrolę nad własną historią.

Nie obiecuję lukrowanego życia. Obiecuję prawdę: o zakwasach po treningu wciśniętym zaraz po wyjściu z pracy a gotowaniem obiadu na kolejny dzień, o walce z szafą, która „się skurczyła”, i o radości  z odzyskiwania kawałka siebie.

Rozgość się. Jeśli też jesteś z „najlepszego rocznika”        i czujesz, że czas na Twój ruch – zostań ze mną. Odzyskajmy siebie razem, słowo po słowie, między jednym mailem a wielkim marzeniem.

Zaczynamy?

Oł, zapomniałabym - Beata jestem :)